Inne

Moje zaburzenie..

Dzisiejszy post będzie nieco inny, nieco dłuższy i o wiele bardziej osobisty niż inne. Nie będzie tutaj dużo humoru,  żartów i dowcipów. Będzie dość poważny i ważny, szczególnie dla mnie. Jest to post poruszający mój osobisty problem, problem który ciągnie się za mną już długo. Nie cały czas, a z przerwami. Epizodycznie, ale za każdym razem jest tak samo przykry, bolesny i wstydliwy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że.. Nie jestem sam. Najgorsze jest to, że takich osób jak ja jest więcej, a z dnia na dzień nasza „społeczność” zamiast się zmniejszać to zwiększa się. Myślę, że niektórzy z Was powoli zaczynają się domyślać o czym tutaj piszę. Mianowicie, mowa o..

Zaburzeniach odżywiania.

Problem, który dla niektórych osób może wydawać się śmieszny no, bo przecież.. „Jak można mieć problem z jedzeniem?”. Właśnie dlatego ten temat jest wstydliwy, ukrywany przez osoby nim dotknięte, a przez to bardzo ciężki do rozwiązania. Jest kilka rodzajów zaburzeń odżywiania i każdy z nich jest tak samo skomplikowany w naturze i nieprzyjemny.

Dla tych co nie wiedzą, czym są zaburzenia odżywiania nie jest to otyłość, czy problem z nadwagą. Zaburzenia odżywiania co to coś bardziej „głębszego” i zakorzenionego w psychice. Definiowane są jako nienaturalne i szkodliwe nawyki żywieniowe, które w negatywny sposób wpływają na samopoczucie i zdrowie psychiczne oraz fizyczne. Jak już wspomniałem wcześniej, wyróżnić możemy kilka rodzajów zaburzeń odżywiania. Najbardziej znane i powszechne to: anoreksja, bulimia, ortoreksja, czy napady objadania się.

Każde z tych zaburzeń różni się między sobą podłożem, wpływem na zdrowie, charakterystyką. Nie jest to jednak wpis poświęcony stricte zaburzeniom odżywiania, a raczej moim doświadczeniem z nimi, dlatego skupię się na dwóch, które są mi najbardziej „bliskie” i znane – bulimia oraz napady objadania się. Oba są ze sobą mocno powiązane i zazwyczaj bulimia rodzi się właśnie z napadów objadania się.

Początek..

Cofnijmy się w czasie o kilka lat wstecz, a dokładniej cofnijmy się do 2015 roku kiedy to wszystko się zaczęło. Był to okres, w którym miałem największą motywację do treningu i trzymania michy, okres w którym chciałem za wszelką cenę być lepszy, a bardziej dokładnie.. Lepiej wyglądać, być bardziej dociętym bo co się liczy dla nastolatka bez żadnych zmartwień bardziej niż powodzenie u kobiet i krata na brzuchu budząca podziw u dziewczyn jak i zazdrość u facetów? Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie. Atrakcyjny chłopak, mający życie bogate życie towarzyskie, wiele zainteresowań, nie odmawiający sobie przyjemności, a jednocześnie sprawny, wysportowany i atletyczny, który się zdrowo odżywia. Wszystko wyglądało idealnie i szczerze? Patrząc wstecz było takie, było.. Ale tylko na początku.

 

Mimo, że mój organizm już dawno zapomniał, czym jest tkanka tłuszczowa to ja w swoich oczach nadal byłem gruby. Mimo niewielkiej ilości spożywanych kalorii nadal uważałem, że jem zbyt dużo. Zacząłem szukać informacji  na temat tego jak jeszcze bardziej mogę się dociąć. Pamiętam jak dzisiaj kiedy natknąłem się na filmik o tym jak to węglowodany są złe i tuczące, jak insulinooporność jest powszechna i każdy jest nią dotknięty. Później po tym filmiku spotkałem w internecie znanego już teraz znachora aka Jerzy Zięba. Było to najgorsze co mnie wtedy spotkało. Popadłem w obsesje na punkcie tego co jem. Zacząłem eliminować wszystko co do tej pory jadłem. Nawet owoce stały się moim wrogiem. Jogurty, twarogi? Chłopie zapomnij! Moja dieta zaczęła opierać się na tym czego nigdy wcześniej nie jadłem i nie lubiłem – tłuste mięsa, parówki, jakieś warzywka które były „dozwolone”, no i oczywiście jaja.

Przeszedłem na dietę tłuszczową, a wręcz ketogeniczną nie wiedząc w ogóle co robię. Spożywałem około 30g węglowodanów pochodzących z samych warzyw przy aktywności tak dużej, że szczerze? Myślę, że śmiało mógłbym się zaliczyć do wybitnie aktywnych. Żeby to zobrazować w okresie letnim mój dzień wyglądał mniej więcej tak:

  • 2 treningi dziennie: rano street workout, popołudniu siłownia. Wstawałem o 4:30, na 6 szedłem na trening, a kolejna jednostka treningowa była około 14.
  • Codzienna gra w kosza,  często mecze trwające conajmniej godzinę.
  • Wyjścia ze znajomymi
  • Wszędzie chodziłem z buta około 12km marszu, nie licząc biegania, czy innych aktywności

Generalnie cały dzień, dosłownie cały dzień w okresie letnim byłem aktywny. Spałem około 5-6 godzin, a reszta dnia była spędzana spalając kalorie w jakiś sposób. To wszystko jedząc około  2000 kalorii dziennie, nie dużo jak na taką aktywność co?

Mój pierwszy raz..

Pamiętam mój pierwszy raz z jedzeniem tak bardzo dokładnie jak mój pierwszy raz z moim małym w dłoni. Chyba każdy mężczyzna wie, co mam na myśli – zapadło mi to głęboko w pamięci, bardzo głęboko. Wszystko odbyło się w lipcu 2015 roku kiedy to po 12 dniach na ketozie nie wytrzymałem i zjadłem pączka. Pamiętam to uczucie, tą euforię, która mną zawładnęła, ten strzał cukru i dopaminy.. Strzał, od którego mój mózg już później się uzależnił chyba tak jak po strzale heroiny. Poczułem się jak nowo narodzony, nagle poczułem się pełen energii, szczęśliwy i dosłownie jak naćpany. Energia przepełniała mnie tak jak Goku osiągającego swoje limity.

 

Na początku się nie skończyło, wróciłem do domu i zacząłem jeść jak nigdy wcześniej. Nawet na gastro po jaraniu nie miałem takiego spustu jak wtedy. Czułem się jakbym był nie do rozjebania, nie do rozjebania na zawodach kto zje więcej – dajcie mi tylko przeciwnika. Jadłem, jadłem, jadlem i nie mogłem przestać. Czułem się tak jakby mnie tam nie było, czułem się nieobecny. Jakby mój mózg poszedł spać, a moje ciało samo sobą kieruje.

Pamiętasz jak za dzieciaka mówiło się „to nie ja, to moja ręka?” właśnie wtedy się tak czułem, tylko że to nie był żart, to było prawdziwe. Nie byłem świadom tego co robię, ale czułem się wtedy dobrze. Kiedy jadłem czułem się szczęśliwy, jedzenie smakowało dobrze jak nigdy, każdy kęs był przyjemny, a raczej nie kęs a połknięcie, bo jadłem szybciej niż widziałem. Trwało to jakąś godzinę. Godzina orgii. Tylko ja i jedzenie, nic więcej.

Po chwili jednak jak „wróciłem do siebie”, kiedy mój mózg jakby znowu się włączył poczułem się tragicznie. Poczułem się jak śmieć, jak gówno. Nie rozumiałem tego co się stało, nie wiedziałem dlaczego to się stało. Było mi wstyd, wstyd przed rodzicami, wstyd przed samym sobą. Czułem się słaby, a wyrzuty sumienia zjadały mnie od środka. Postanowiłem, że to już więcej się nie powtórzy i od jutra przycisnę jeszcze bardziej, jeszcze mocniej! Pokażę sobie, że nie jestem słaby.

Tydzień po tym wydarzeniu wypadał ślub mojej kuzynki. Przycisnąłem w tygodniu ostro, znowu na 30g węglowodanów. Ślub mojej kuzynki był super, mimo tego co się tam stało naprawdę miło wspominam tamto wydarzenie. A co się stało? Pewnie już się domyślasz.. Był to chyba mój największy napad W ŻYCIU. Nigdy, nawet teraz nie zjadłem tylu kalorii co tam. Jak to na weselu bywa – jedzenia jest jeszcze więcej niż na świętach. Zjesz jedno i donoszą Ci zaraz drugie, siedzisz, jesz, pijesz i tańczysz. W pewnym momencie jednak było mi tak nie dobrze, że nie mogłem nawet wstać od stołu, ale deserek zawsze się zmieścił. Wróciłem do domu i przed pójściem spać ojebałem blaszkę sernika. Do tej pory nie wiem jak to zrobiłem, bo naprawdę było mi już strasznie nie dobrze na weselu, ale no jak widać.. Na sernik zawsze znajdzie się miejsce, nawet na blaszkę sernika.

Kolejnego dnia była powtórka z rozrywki, ale jeszcze o tym nie wiedziałem. Był to dzień naszego powrotu do domu, ale jeszcze przed tym oczywiście musiały wypaść poprawiny, czy jak to się mówi. Wstałem pełen motywacji do tego, aby dzisiaj nie zjeść dosłownie nic. Dzień zaczął się od spaceru 8 kilometrowego z powodów logistycznych – była niedziela, sala była wynajęta na wiosce oddalonej od miasta, wszyscy byli na kacu, a autobusy nie kursowały. Było mi to bardzo na rękę. Obiadu nie zjadłem, nie na początku. Za to jak tylko wszedł deser.. „tylko jeden kawałek”, po czym wpadł tylko jeden talerzyk, a później tylko jedna blaszka. Wracając do domu wziąłem kilka smakołyków na drogę i tak całą podróż powrotną jadłem. Wróciłem do domu i nadal jadłem. Przez te dwa dni zjadłem około 30 tysięcy kalorii jak nic. Jest to mój rekord do tej pory i nadal nie wiem jak to zrobiłem – 30 tysięcy kalorii to jakieś 50 tabliczek czekolady żeby tak zobrazować. To miał być ostatni dzień, w którym się potknąłem. To miało nigdy więcej się nie powtórzyć, a.. Powtarzało się co weekend przez jakieś 3 miesiące systematycznie aż do nowego roku. Wtedy powiedziałem sobie stop i faktycznie tak było. Pomogła mi książka „Obudź w sobie olbrzyma”, a także zbliżająca się matura. Miałem coś co było ważniejsze od jedzenia, w końcu moja przyszłość zależała od tego papierka, nie mogłem zawieść mamy, babci, ludzi co na mnie liczyli.

POWTÓRKA Z ROZRYWKI

Matura zdana, wszyscy zadowoleni, łącznie ze mną. Czas wybrać studia i przeprowadzić się do nowego miasta. Cieszyłem się na tą decyzję i nie mogłem się doczekać. Dawno chciałem się usamodzielnić, a to idealna okazja. Do tego nowe miasto i nowe możliwości. Kiedy wprowadziłem się do Wrocławia wszystko było super. Mieszkanie, lokalizacja, lokatorzy, życie, miasto. Do czasu kiedy nie poszedłem na siłownię i nie zobaczyłem jak dużo mi brakuje. U siebie w małym miasteczku byłem „kimś”. Tutaj? Nie wyróżniałem się niczym. Porównywałem się do innych, bardziej dociętych, czy „dojebanych” osób i tylko się dołowałem. Nie brałem wtedy pod uwagę ich doświadczenia, ilości czasu spędzonego na treningach, czy nawet środków które leciały w tle. Nie, oni wtedy byli lepsi ode mnie i musiałem ich gonić. Znowu wpędziłem się w błędne koło, znowu bulimia. Tak, moje napady obżarstwa z czasem zmieniły się w bulimię.

Czy rzygałem? Nie. Bulimia to nie tylko wymioty. Bulimia to po prostu napad obżarstwa, a następnie kara za to co się zrobiło by w jakimś stopniu „zminimalizować wyrządzone szkody”. Niektórzy wymiotują, dla mnie „karą”, sposobem radzenia z tymi szkodami był trening i kilka dni na niskich kaloriach. Wtedy mój tydzień wyglądał coś w stylu: sobota – napad, a kolejne 3-4, czasami udawało się dłużej niskie kalorie i katowanie się na treningach i później znowu napad. Czyli dosłownie błędne koło, które wydawało się wtedy nie  mieć końca. Pamiętam ile pieniędzy wyjebałem wtedy na jedzenie, aż z przykrością sobie o tym teraz myślę, bo są to naprawdę kosmiczne kwoty. Nie zapomnę nigdy jak poszedłem do Burger King złożyć zamówienie i dostałem zapytanie „To dla całej rodziny?”.

Podczas jedzenia zawsze czułem przyjemność to uczucie euforii i energii. Poczucie szczęścia, które było za pierwszym razem znowu się pojawiało. Może nie aż tak intensywne i mocne, ale było. Z czasem słabło coraz bardziej, ale ja nie mogłem przestać. Wyrobiłem sobie nawyk. Nawyk, z którym musiałem sobie poradzić, bo byłem coraz bardziej nieszczęśliwy. Wstydziłem się siebie, tego co robie. Kolejne dni czułem się jak gówno. Czułem się ociężały. Myślisz, że 10 tysięcy kalorii to dużo? Spróbuj sobie to zjeść w dwie godziny, a później jeszcze dojeść kilka kolejnych tysięcy. O wyrzutach sumienia i poczuciu winy nie wspomnę, wstyd, niechęć do samego siebie i udawanie, którego nienawidzę. Udawanie, że wszystko jest w porządku, że nic się nie dzieje żeby nikt nie zadawał pytań. To wszystko mnie bolało. Kurwa miałem 19 lat, nie mogę tak spędzić reszty życia. Wtedy wyglądałem tak:

Zmiana..

Wiedziałem, że sam sobie nie poradzę. Wtedy nie byłem na takim poziomie żeby to ogarnąć, a wiedza na ten temat również była niewielka. Nie wierzyłem w terapię i w to, że jakiś psycholog może mi pomóc. Dlaczego? O tym będzie później. Teraz idziemy dalej.

Słyszałeś o Piotrku Tomaszewskim, o gościu z nickiem Szmexy? Jest to osoba, która wniosła bardzo wiele do mojego życia. Pamiętam jak czytałem forum animalpak i natknąłem się na jego dziennik. Przykul moją uwagę ze względu na to, że w tytule miał „naturalne realia”, a gdyby ktoś nie wiedział to AnimalPak było forem głównie o dopingu i tacy ludzie tam siedzieli. Zacząłem czytać dziennik Piotrka i przejebałem 158 stron w dwa dni. Oczarował mnie, dosłownie. Nie wahałem się, uznałem że to jest osoba, która jest w stanie mi pomóc. To jest osoba, która przeszła to co ja. Wie co czuje. Nie myliłem się. Od pierwszego „napisania” do Piotrka rozmawiało się z nim jak z ziomkiem mimo, że wcześniej w ogóle go nie znałem to od razu poczułem bliskość(no homo kurwa). Podjąłem współpracę i moje życie się zmieniło. Wiedza, doświadczenie Piotrka pomogło mi samemu się rozwinąć zarówno jako człowiekowi, jako trenerowi i „lifterowi”. Zrobiłem formę życia, a co najważniejsze podczas całej współpracy te napady obżarstwa odeszły. Momentalnie, z dnia na dzień. Jakim cudem? O tym też będzie później.

Historia zatacza koło..

W październiku 2016 miałem formę życia. Byłem większy, byłem bardziej docięty, byłem silniejszy, sprawniejszy, atrakcyjniejszy i mądrzejszy. Byłem jak nigdy wcześniej i byłem z tego dumny, serio. Byłem dumny z tego co osiągnąłem i z tego, że zrobiłem to wszystko bez napadów. Miałem nawet wystartować w zawodach kulturystycznych, ale w ostatnim miesiącu sprawy się pokomplikowały i nie udało się. Patrząc teraz z perspektywy czasu to ciesze się, że nie wystartowałem.

 

 

Październik był miesiącem, w którym kończyłem redukcję. Był też miesiącem, w którym musiałem zakończyć współpracę z Piotrem. Żałuje, że to zrobiłem, ale w tamtym momencie nie miałem innego wyjścia. Po zakończonej współpracy zostałem sam, bez planu, bez pojęcia, w którym kierunku mam teraz podążać.. Miały być zawody, ale nie wyszło. Nie wiedziałem co teraz. Czułem się już wykończony trochę tą redukcją.

Tak to wyglądało + zdjęcie z moim idolem. Byłem tak podniecony tym spotkaniem jakbym szedł witać papieża. Nie wiedziałem jak się zachować, bez kitu.

No i zaczęło się.. Okres od października, czy miesiąca w którym zakończyłem redukcję gdzieś do marca wyglądał następująco: pobudka o 8 -> trening -> posiłek jakieś 600 -800 kalorii -> do wieczora post -> na wieczór binge. Trwało to do momentu aż w końcu nie przytyłem do jakiś 100kg z..81 na koniec redukcji i wyglądałem mniej więcej tak:

 

 

 

 

 

 

 

Dla fanów „misiowatej sylwetki” może wyglądałem lepiej, dla innych może nie wyglądałem tak źle i nie byłem taki ulany. Dla jeszcze niektórych może wyglądałem „zajebiście”, ale to nie wygląd tutaj się liczy, a „sposób” w jaki do tego doszedłem. Nie czułem się dobrze, już pomijam  fakt tego, że widziałem w sobie grubasa to zaakceptowałem po jakimś czasie i uznałem za „naturalną kolej rzeczy” – w końcu.. Jestem na masie, prawda? Nie akceptowałem za to i nigdy nie  zaakceptuję tego jak się wtedy czułem i co robiłem. Ciągłe uczucie ciężkości, wyrzutów sumienia, pogardy dla samego siebie, wyjebanego siana w błoto na jakieś wymyślne jedzenie, skrupulatna analiza tego co „zjeść”. Zacząłem uzależniać swoje poczucie wartości i szczęścia od tego jak wyglądam, a że wyglądałem coraz gorzej(paradoks?) to czułem się tak samo – coraz gorzej z dnia na dzień. Człowieku to było piekło, piekło które sam sobie zgotowałem i sam musiałem sobie poradzić.

Jest dobrze..

Jak się ogarnąłem wtedy? Szczerze.. Nie pamiętam. Patrząc teraz wstecz wydaje mi się, że złożyło się na to kilka czynników:

  • Trening – To co mnie przyciągnęło na siłownię to chęć poprawy wyglądu. To co mnie na niej zatrzymało to trening. Chęć rozwoju i stawania się lepszym. W okresie, w którym się żarłem jak prosie mój trening polegał głównie na tym żeby się katować. Był robiony z poczucia winy, nie ze szczerej chęci. W momencie kiedy zmieniłem perspektywę i ogólnie bardziej zainteresowałem się programowaniem treningowym mój czas spędzony na siłowni zmienił się diametralnie. Wyznaczyłem sobie cele siłowe, które chciałem zrealizować i były one dla mnie o wiele bardziej ważniejsze niż to jak wyglądam. Wygląd jasne, nadal był ważny, ale nie był już na pierwszym miejscu. To jak wyglądam, nie określało kim jestem.
  • Praca – Był to okres, w którym jako trener zacząłem się coraz bardziej rozwijać i mieć więcej i więcej podopiecznych. Kiedy byłem najedzony to nie byłem w stanie myśleć odpowiednio, nie byłem w stanie się skupić. Pracując z ludźmi przez internet, układając plan działania muszę być skupiony i myśleć żeby móc przygotować jak najlepszy plan. Ludzie się często dziwią, że praca jest dla mnie taka ważna i, że tak bardzo się w nią angażuję. Mnie dziwi to, że ich to dziwi. Serio, człowieku. Po pierwsze to jest to co kocham i w czym się pragnę rozwijać. Po drugie.. Jak mógłbym dać z siebie mniej niż 100% drugiej osobie? Osobie, która mi zaufała i dosłownie oddała się w moje ręce? Jak mógłbym dać z siebie mniej niż 100% jeżeli ta osoba ostatnie swoje oszczędności przeznacza na trening, odżywianie i współpracę ze mną? I Ciebie dziwi dlaczego praca jest dla mnie aż tak ważna? O człowieku, szczerze? Współczuję Ci.
  • Związek – Wsparcie dziewczyny oraz przyjaciół na pewno mi tutaj pomógł. Nie jestem typem osoby, która rozpowiada o swoich problemach i szuka pomocy u innych. Nie każdy też z moich przyjaciół, czy ogólnie bliskich wiedział, że się z czymś takim zmagałem i pewnie teraz czytając to przeżywają szok. Przepraszam, że Ci nie powiedziałem, ale myślę że mnie rozumiesz, w końcu.. Znasz mój charakter i wiesz jaki jestem. Bliskość osób i ich zrozumienie, a tym bardziej szczera opinia i wjazd na ambicje potrafi zdziałać cuda. Zaczęło mi zależeć na tym żeby nie tylko nie dać dupy i nie nawpierdalać się ze względu na siebie, ale także ze względu na nich. Nie mogłem zawieść.
  • Perspektywa – Kiedy dotarło do mnie(w końcu!), że mój problem to.. Gówno, a nie problem zacząłem sobie radzić o wiele lepiej. Uważałem, że mam ciężko i trudno, bo.. Jem? Kiedy dotarło do mnie, że ludzie na świecie giną z braku jedzenia, umierają z głodu i wbrew tego co mogłoby Ci się wydawać takich osób jest naprawdę dużo! Kiedy zobaczyłem cierpienie i prawdziwe problemy z jakimi zmagają się inni odechciało mi się nad sobą użalać.

Od marca zacząłem jeść normalnie. Nie liczyłem kalorii, jadłem to na co miałem ochotę, nie odmawiałem sobie, czyli.. Dosłownie tak samo jak to miało miejsce podczas redukcji z różnicą, że nie zapisywałem kalorii. Moja sylwetka oczywiście się poprawiła, nie jakoś znaczenie, ale na pewno na plus. Z rekordowej wagi 104kg zjechalem do 96 – 97, czyli zgubiłem 7-8kg tak naprawdę nic nie robiąc, a po prostu trenując.

KONIEC SIELANKI..

Myślałeś, że to już koniec?  Niestety problem wrócił. Kiedy? Czas na kolejną historyjkę, już nie tak dawną. W sierpniu zacząłem kolejną redukcję. Chciałem zrobić coś mocnego, chciałem mieć życiówkę. Patrząc teraz na zdjęcia mogę śmiało powiedzieć, że mi się udało. Mogę też bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że mimo tego że mój okres „budowania masy mięśniowej” na początku wyglądał jak wyglądał i nie był może taki jak to jest teraz rekomendowane, a coś bardziej na zasadzie „old school bulking” to okazał się całkiem produktywny. Czy mógł być lepszy? Pewnie tak, ale czasu już nie cofnę, a jak wspomniałem.. Nie był taki zły patrząc teraz.

Wracając do redukcji – była najlepsza jaką w życiu udało mi się zrobić odkąd trenuję. Nie chodzi tylko o formę, a całościowo. Do samego końca czułem się stosunkowo dobrze, notowałem progres na treningu, nie czułem aż takiego zmęczenia w ciągu dnia i mogłem nadal „normalnie” funkcjonować(każdy kto docinał do niskich poziomów tkanki tłuszczowej myśle, że doskonale rozumie to co chcę przez to powiedzieć) i co najważniejsze.. Nie miałem napadów. Moje relacje z jedzeniem były na naprawdę dobrym poziomie. No dobra, kilka razy zdarzyło mi się mieć napad, ale naprawdę było to bardzo rzadko i spowodowane po prostu głodem, albo stresem i nerwami związanymi z życiem osobistym co jak się później okazało miało kluczowy wpływ na moje przyszłe relacje z jedzeniem.

 

Redukcje skończyłem w grudniu, na Wigilię, czyli jak teraz patrzę na to – w najgłupszym momencie z możliwych. W tym okresie stres związany z życiem prywatnym również był na wysokim poziomie, co tylko dolało oliwy do ognia. Głodny, wyczerpany, „odmawiający sobie jedzenia”(kalorii) człowiek zostaje postawiony przed stołem zapełnionym żarciem, dobrym żarciem, które na dodatek jest na wyciągnięcie ręki. Wyobrażasz to sobie? Co wtedy robi taki człowiek? Wpierdala za 2, 3, 4, 5, 6 ludzi. Instynkt przetrwania, natura. Po prostu w końcu jedzenie było dostępne, skończyłem redukcję – zrealizowałem swój cel, więc sobie zasłużyłem, co? Wszystko byłoby spoko i „normalne”, bo przecież ludzie na Wigilię wpierdalają, wszyscy, każdy.. No prawie każdy, gdyby nie to, że moje napady się przeciągnęły.. Od Wigilii do 31 stycznia. Później miałem to ogarnąć, ale nie potrafiłem. Zacząłem popadać w to błędne koło jak ostatnim razem. Tylko teraz był: stres -> nawpierdalać się -> wyrzuty sumienia.

Stres związany znowu – z życiem prywatnym, z tym, że zjebałem formę w tydzień kiedy teraz patrzę na zdjęcia i.. Nie bylem WCALE ULANY NAWET PO PONAD TYGODNIU WPIERDALANIA(dowód na to jak mózg pierdoli nam obraz w głowie).

Wystarczyło wrócić wtedy do normalnego odżywiania i wyglądałbym lepiej niż na koniec redukcji. Wyrzuty sumienia i zryty beret tym, że „już wszystko poszło się jebać” wzięły nade mną górę i pozwoliły na to żeby moje problemy znowu wróciły, a raczej.. Ja na to pozwoliłem. W tym roku było jednak o wiele „trudniej” się nawpierdalać, bo mieszkam z dziewczyną. Osoby, które się z tym borykają wiedzą  co mam na myśli. Nie jesz w towarzystwie, jesz sam w ukryciu. Brzmi nienormalnie? To dobrze, bo dokładnie takie jest i tak się czuje. Wstyd jednak, wstyd przed drugą osobą nie pozwala na to żeby „zjeść” przy niej. Wykorzystywałem, więc każdą okazję żeby się nawpierdalać, no prawie każdą bo świadomie nadal z tym walczyłem, nie chciałem tego. Było mi źle i szczerze? Było to najgorsze dla mnie doświadczenie z tych wszystkich wcześniejszych. Zdarzało się, że jak dziewczyna szła się myć to ja szedłem „wyrzucić śmieci”, a przy okazji tylko wchodziłem do żabki i opierdalałem kilka batoników. Wstyd przed nią zjadał mnie od środka bardziej niż wstyd przed samym sobą. Nie mogłem znowu zawieść osoby, która tak bardzo na mnie liczy i we mnie wierzy. Nie mogłem dać dupy w pracy z moimi podopiecznymi. Musiałem to ogarnąć tylko, że teraz było o wiele ciężej niż wcześniej. Dlaczego?

Stres, problemy w życiu, brak poczucia szczęścia..

Pamiętasz co napisałem wyżej? Zacząłem zajadać stres. Później, po takim przejedzeniu i myślę, że znowu – nie jestem wyjątkiem szukałem „pomocy” w internecie i artykułów na temat tego jak mógłbym sobie z tym poradzić i dlaczego w ogóle tak mam. Przewijało się wiele na temat tego, że osoby z zaburzeniami odżywiania jedzą, bo.. Mają jakiś inny głębszy problem i go zajadają, jedzą bo są zestresowane, bo brakuje im czegoś w życiu i, że jedynym sposobem żeby poradzić sobie z tym jest odnalezienie „tego głębokiego problemu” i rozwiązanie go. Dało mi to nic innego jak.. Wymówkę do wpierdalania. Teraz mogłem jeść i tłumaczyć to sobie, że to nie przeze mnie tylko przez kogoś, bo mnie zdenerwował. Jem dlatego, że mam jakiś problem, bla, bla, bla. Jakby żarcie miało mi kurwa pomóc w jego rozwiązaniu.

Od początku czułem, że coś nie tak w tym wszystkim. Czułem podświadomie, że te wszystkie terapie mające wyleczyć zaburzenia odżywiania w większości przypadków tylko je pogłębiają. Czułem, że ta teoria na temat „większego problemu” to gówno prawda, ale mimo wszystko jakimś cudem dałem się nabrać. Może po prostu byłem zdesperowany tak bardzo, że MUSIAŁEM poznać powód, dlaczego inni mogą jeść normalnie, a ja nie potrafię?

Dlaczego to wszystko nieprawda, przynajmniej w moim(a wydaje mi się, że Twoim przypadku również)przypadku? Dlatego, że ja kurwa NIE MIAŁEM ŻADNYCH PROBLEMÓW. Jestem 22 letnim(już teraz) chłopakiem, który pracuje w branży i zawodzie jaki kocha. Praca to dla mnie przyjemność i jestem mega wdzięczny, że mogę to robić. Mam pasję, w której się rozwijam. Dziewczynę, która mnie kocha. Przyjaciół, którym na mnie zależy i są naprawdę przyjaciółmi. Dobrze wyglądam, na pieniądze nie mogę narzekać. Jestem niezależny.. Jakie ja mam kurwa problemy?! Jedynym moim problemem było.. Objadanie się, które.. Stało się nawykiem. Dlatego tak ciężko sobie z tym poradzić. Po jakimś czasie to wszystko dzieje się z automatu. Nie panujemy nad tym co robimy – może się nam wydawać, że tak jest. Jednak większa część naszych działań oparta jest na nawyku, rutynie, a nie świadomym podejmowaniu decyzji. Gdyby tak nie było to ja nie miałbym problemu z objadaniem się, a otyłości, alkoholików, narkomanów i innych uzależnień nie byłoby na świecie. Myślałeś o tym żeby umyć dzisiaj zęby, wykąpać się, zjeść śniadanie, czy pójść do pracy lub szkoły? Nie. Zrobiłeś to rutynowo. Tak samo u mnie w pewnym momencie nie było to nawet myślenie o jedzeniu. Po prostu jak zaczynałem to nie mogłem skończyć, ale jeszcze wtedy tego nie wiedziałem.. Wtedy ja „zajadałem problem”. Jadłem, bo dręczy mnie coś „głębszego”.

PRZEŁOM..

Przełomowym momencie w walce z moim zaburzeniem odżywiania było natknięcie się na książkę Brain Over Binge autorki Kathryn Hansen. Jest to książka poświęcona zaburzenim odżywiania, a bardziej precyzyjnie – właśnie bulimii i napadom obżarstwa. W tej książce wyjątkowe jest to, że została napisana przez osobę, która sama przez to przeszła. Osobę, która zmagała się z tym problemem przez DŁUGIE LATA. Osobę, która uczęszczała na terapie i ŻADNA z nich jej nie pomogła, a jak później autorka pisze w książce – wręcz przeciwnie – terapie tylko utrudniły jej wyjście z zaburzeń.

W książce Kathryn opisuje swoje zmagania i wyjście z choroby. Wszystko od początku do końca. Jeżeli borykasz się z zaburzeniami odżywiania to często odniesiesz wrażenie, że czytasz o samym sobie. Co również jest nadzwyczajne w tej książce to fakt, że jest ona oparta nie tylko na doświadczeniu autorki, a również setkach badań naukowych, co mimo wszystko było dla mnie ważne. Jednym słowem, moim zdaniem jest to biblia dla osób, które borykają się i chcą wygrać z przejadaniem się.

Pamiętam to jak dzisiaj.. Leżałem najedzony na boku, szukałem po internecie rad. Znalazłem tą książkę i zacząłem czytać. Czytałem, czytałem, czytałem i tak zleciały 3 godziny. Nawet nie wiem kiedy. Po przeczytaniu tej książki wszystko stało się jasne. Zmieniło się moje podejście, a najlepsze jest to że podświadomie właśnie czułem, że powinienem postępować w ten sposób, który opisała Kathryn. Czułem, że jedyny mój problem to samo wpierdalanie. Czułem, że jest to nawyk. Bałem się jednak zaufać swojej intuicji. Na szczęście znalazłem potwierdzenie.

Najważniejsze rzeczy, które ja wyciągnąłem po przeczytaniu książki i zastosowałem w swoim przypadku to:

  • Zaakceptowanie faktu, że wszystko zależy ode mnie – Nawet jeżeli jak już wejdziesz w trans i zaczniesz się objadać całkowicie nie kontrolując tego co robisz – jakby Cię tam nie było to i tak MUSISZ wziąć ten pierwszy „gryz”. To Ty decydujesz, czy kupisz te słodycze, czy nie. Od Ciebie zależy  co wkładasz do swoich ust, no chyba że ktoś Cię karmi. Wszystko zależne jest od Ciebie na początku, wtedy jeszcze „rządzisz Ty”. Jak zaczniesz jeść to „drugi mózg” przejmuje kontrole. Jeżeli chcesz wiedzieć co mam na myśli pisząc to to przeczytaj książkę.
  • Jesz bo chcesz, nie dlatego że masz problem – Jesz bo chcesz? Przecież jeżeli faktycznie chcielibyśmy jeść to byśmy nie szukali pomocy, co? No nie do końca.. Zastanów się, czy to nie jest przyjemne? Nie daje Ci to satysfakcji i poczucia ulgi? Chwilowej przyjemności? Nie ma Cię. Możesz zapomnieć o wszystkim i się delektować. Tylko Ty i przyjemność. Szukamy pomocy żeby poczuć się lepiej kiedy ogarnie Nas poczucie winy. W trakcie „grzeszku” jednak nawet o tym nie myślimy. Za wszystko odpowiadamy MY SAMI, a jeżeli się najedliśmy to znaczy, że chcieliśmy to zrobić.
  • Nawyk – Skoro już zacząłeś jeść, bo chciałeś to nawet jak ta przyjemność stała się dla Ciebie „karą” i przestała dostarczać tego samego jak wcześniej to nie mogłeś z tego zrezygnować. Czułeś, że jest to silniejsze od Ciebie. Czułeś się tak, dlatego że weszło Ci to w nawyk. Nawyki są potężne i tworzą nasze życie. Mogą być dobre, ale również mogą nam szkodzić. Najlepsze, a zarazem najgorsze w nawykach jest to, że często wykształcają się nieświadomie. Czym jest nawyk?

Nawyk jest to nic innego jak zautomatyzowane działanie, które zostało wykształcone na skutek częstego powtarzania w podobnych warunkach, porze i okolicznościach mające zapewnić nam jakąś nagrodę. Mycie zębów, robienie rano kupy, picie kawy o poranku, prysznic przed pójściem spać to wszystko są nawyki. Każdy z Nas ma lepsze lub gorsze.

Nawyki rozwijają się poprzez świadomą pracę nad nimi jak i przypadkowo jak często właśnie w przypadku napadów obżarstwa. Raczej nikt nie chce wykształcić sobie takiego nawyku, a jednak one powstają.

Nawyk stosunkowo łatwo wyrobić, a o wiele trudniej się go oduczyć. Prawdę mówiąc według obecnej literatury naukowej raz wyrobiony nawyk zostaje z nami do końca życia. Może być po prostu nieaktywny, a połączenia w mózgu aktywujące dany nawyk słabe, wyparte przez silniejsze nawyki(te które są w użyciu), ale on cały czas tam siedzi i w każdej chwili może zostać aktywowany.

Jak działa nawyk?

  1. Wskazówka – Czynność, który „aktywuje” zwyczaj. Przykładowo słyszysz budzik i wstajesz z łóżka lub pijesz kawę i idziesz do toalety, bo „przyspieszył Ci nagle metabolizm”.
  2. Zwyczaj – Jest to właśnie ta czynność, która jest wykonywana. Budzik -> Wstajesz, Kawa -> Kupa, Zjesz ciastko -> jesz całą paczkę.
  3. Nagroda – Nawyk utrwala się, dlatego że tworzy dla Ciebie nagrodę, a wszystko dzieje się w mózgu za sprawą hormonów i neuroprzekaźników. Jaka może być nagroda w przypadku objadania się, czy chociaż by alkoholizmu skoro to też nawyk? Ulga, poczucie spokoju, odstresowanie się. Nieważne. Ta nagroda może nie być dla Nas już teraz przyjemna. Kiedy jednak nawyk się wykształcał to sprawiało Nam to przyjemność. Gdyby tak nie było to nawyk by się nie rozwinął.

Wskazówek do wyzwalania nawyku może być kilka. U mnie była to np kłótnia z dziewczyną, poczucie przytłoczenia, nuda, zdenerwowanie, stres. Zajadałem, bo uważałem, że „mam inny problem”. Przykładowo: pokłóciłem się z dziewczyną i zaczynałem czuć się zdenerwowany, zły, przytłoczony tym wszystkim i zestresowany. Po jakimś czasie zaczynałem się najadać i ten stres opadał, wszystkie negatywne emocje odchodziły.. Na chwile. Po tym wszystkim było jeszcze gorzej. Do całej kłótni i chujowego samopoczucia dochodziło poczucie winy.

Czy problem został rozwiązany przez to, że się najadłem? No kurwa, raczej nie. Co mi to dało więc? Krótką przyjemność i NIC WIĘCEJ. Uciekałem od problemu zamiast stawić mu czoła, jak pizda. Wystarczyło porozmawiać. No, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem.

Wracając do nawyku. Często skupiamy się na zwyczaju, czyli czynności, którą chcemy zmienić. Nie jest to do końca dobre podejście. Żeby zmienić nawyk powinniśmy się skupić na wskazówce, bądź nagrodzie. Najpierw musimy rozszyfrować nawyk, czyli dojść do tego co stoi za tym, że coś robimy oraz jaką nagrodę z tego czerpiemy. Później zaczynamy podmiankę, albo tworzymy całkiem inny, nowy nawyk. Dla zainteresowanych tematem polecam bardzo książkę Siła Nawyku. Jest jedną z lepszych książek i co ważne, praktycznych jakie przeczytałem.

  • Odpowiedzialność – Jest to mocno związane z pierwszym punktem. Weź odpowiedzialność za to, że ten problem stworzyłeś sobie tak naprawdę sam. Nieważne, czy chciałeś tego, czy nie. Czasu i tak nie cofniesz. Weź po prostu za to odpowiedzialność, za wszystko co robisz. Będzie to z jednej strony ciężkie i dlatego tak mało osób jest odpowiedzialnych, boją się. Wtedy nie masz na kogo zrzucić winy, wszystko zależy od Ciebie. Polecam ten filmik:

Jeżeli wszystko zależy od Ciebie to znaczy, że masz wpływ na to co się dzieje. TO TY DECYDUJESZ nad tym co robisz. Pokaż temu nawykowi kto tutaj rządzi.

  • Nie jesteś zepsuty – Wcześniej wstydziłem się tego co robię. Wstydziłem się siebie za każdym razem kiedy się obżarłem co skutkowało dość dużą rysą na psychice, nie będę ukrywał. Moje poczucie wartości i pewności siebie mocno dostawało po dupie w chwilach kiedy się najadałem i pewnie wywarło jakiś trwały wpływ – na jakiś czas, bo to również można zmienić. Uważałem, że to co robię nie jest normalne, że jest gorszy od innych, że jestem pizdą, bo nie potrafię sobie z czymś takim nawet poradzić. Uważałem się za nieudacznika, że w ogóle miałem taki problem. Ludzie na świecie umierają z głodu, a ja płaczę, że jem za dużo?

Zacząłem się nad tym zastanawiać i czy faktycznie było to takie nienormalne co robiłem? Czy faktycznie było coś ze mną nie tak?

NIE!

Myślę, że tutaj również nie jestem wyjątkiem. Ty też jesteś normalny i wszystko z Tobą w porządku. Zaburzenie odżywiania typu bulimia, czy napady obżarstwa nie przychodzą same z siebie, bo po prostu mamy ochotę się nawpierdalać(w większości przypadków). Na początku są one POTRZEBĄ. Napady są naturalną reakcją organizmu na to co się dzieje. Widzisz, głównym celem organizmu jest utrzymanie Cię przy życiu za wszelką cenę. On ma wyjebane w to, czy chcesz dobrze wyglądać. Przede wszystkim masz przeżyć. Redukcja tkanki tłuszczowej, posiadanie niskiego poziomu %bf, ciągłe głodzenie się i odmawianie sobie wszystkiego, aktywność fizyczna nieadekwatna do ilości dostarczanych kalorii wszystko to daje sygnał organizmowi do tego, że po prostu.. NIE MA JEDZENIA. Organizm otrzymuje informacje, że się głodzisz i jesteś blisko wyczerpania przez co wysyła coraz mocniejsze bodźce i sygnały do tego żebyś się nawpierdalał. Kiedy to zrobisz utrwala nawyk i wzmacnia poprzez uczucie przyjemności co sprawia, że zaczynasz szukać jedzenia i tak to wszystko się zapętla.

W moim przypadku napady obżarstwa były naturalną konsekwencją mojej głupoty. Ciągłego życia w deficycie, ciągłej redukcji i zbyt dużej aktywności fizycznej. Patrząc teraz z perspektywy czasu wcale się nie dziwie, że borykałem się z tym problemem i widzę, że sam na siebie to sprowadziłem, co prawda nieświadomie i z dobrych pobudek, ale mimo wszystko.. Ja to zrobiłem i ja tylko ja mogłem to z powrotem odkręcić.

Skoro to była potrzeba to dlaczego nawet po skończeniu redukcji nadal towarzyszą mi napady, mimo że mam wystarczającą ilość tkanki tłuszczowej?

Bo widzisz.. Na początku to była potrzeba, a teraz przerodziło się w nawyk. Można mieć napady obżarstwa nawet będąc na masie jeżeli w jakiś sposób ten nawyk się aktywuje, bo z tego co się nauczyłeś – nawyk żyje już z Tobą przez całe życie. Może być nieaktywny, ale nadal jest obecny.

  • Zajęcie – U mnie często było też tak, że po prostu jadłem z nudy. Po prostu. Nie miałem co robić to się najadłem. Zawsze jest to jakieś zajęcie, a do tego chwila przyjemności. Tutaj było prostu. Zaczynałem się nudzić i czułem, że zaraz się najem? Wychodziłem z domu, szedłem posłuchać podcastu, brałem się do pracy, oglądałem film, uczyłem się, spotykałem się z kimś.
  • Zmiana stanu skupienia – Zazwyczaj czujemy gdzieś podświadomie, że dzisiaj się najemy. Czujemy tą chęć nażarcia się. Zaczynamy myśleć tylko o tym żeby tego nie robić, albo przeciwnie – chcemy to zrobić. To nie jest ważne teraz. Ważne jest to, że w jednej i drugiej sytuacji kierujemy całe nasze skupienie i uwagę jedzeniu. Nawet jeżeli nie chcesz się najeść to skupiasz się na tym pragnieniu, a przez to staje się ono silniejsze. Gdyby tego było mało to mózg w takich sytuacjach płata nam figla. Istnieje zjawisko zwane the ironic effect w skrócie im bardziej się skupiasz na czymś czego nie chcesz zrobić lub o czym nie chcesz myśleć tym bardziej prawdopodobne, że właśnie to zrobisz i o tym będziesz myślał.
Więcej na temat The Ironic Effect

I want to (try) answer a question I’m asked constantly. Ok, not constantly, but I’m asked it often enough for it to basically be constantly. So, whatever. The question goes something like this: –”I want to be able to go out and enjoy food and drink on the weekend without feeling like crap” OR –”I eat well on the weekdays and then the weekend comes around and it turns into an orgy of diet fuckery – what do I do?” OR – „I find that I’m either all good and „on diet” or I’m all bad and „off diet” – halp?” You get the point. Here’s the thing, the reason this is happening is because you’ve associated one to be good – „eating well / being on diet” – and another to be bad – „I overate/went off diet/drank too much”. And THAT is the real problem here. It’s the way you’re labelling things, and then the resultant self-talk as a product of that label is fucking with your head and sending you deeper into a chasm of everlasting despair and misery. Hell yeah I just used the word chasm. —- „I’m good because I ate according to how I’ve predetermined I should eat”; „I’m bad because I didn’t eat according to how I’ve predetermined I should eat” Note the use of italics – it’s not THE ACTIVITY is good or bad, it’s I AM good or bad – you’ve attached your self (not yourself, your SELF) to these things and then they become a reflection of YOU (I’m good/I’m bad) Let me explain all this by way of telling you a story. Once upon a time – No, not that kind of story, dumbass. I had a client who began working with me a while back, and the first thing he said to me was he „binges” on the weekend. Here’s how the conversation went. – Ok, when you say „binge”, how many calories are we talking?” „Eh, like, three, maybe, four thousand calories” – And how long does a binge episode last? „Just a day.” – Uh…is that really a binge? Seems like a pretty standard ‚refeed’ day to me. „…oh…” I reframed things for him. In his mind, he thought he was ruining his progress with ONE DAY of 3-4k calories, and he was making things worse because he’d „labelled” this overfeeding as a binge. But because the word has such mighty negative connotations, the more he engaged in the act, the worse he felt (going back to what I said earlier, „I’m a bad person”), the more he tried to „damage control” the days after, and before he knew it he was right back where he started in a chronic state of dieting limbo. This was his problem: he’d made one thing good – staying on diet – and the other thing bad – overeating. But neither one of them is good or bad. They just are. Yeah, I just totally went Buddha on your ass, fight me. This is what’s happening with those asking the „good on weekdays, and then bad on weekends – help me”, type questions. YO. Don’t think of a pink elephant. You thought of a pink elephant, didn’t you? Image No. I haven’t lost my mind. I threw that in there to illustrate a concept in psychology called, „The White Bear Problem” (or, in our case, the pink elephant problem): „The white bear problem refers to the psychological process whereby deliberate attempts to suppress certain thoughts make them more likely to surface. An example is when someone is actively trying not to think of a white bear they may actually be more likely to imagine one.” And the same thing is happening here. You’re great on the weekdays, you’re crushing your diet, training hard, and then out of nowhere you hear your phone beep. You check your phone and realise it’s your friend Brad asking if you want to go to some random – lame – party this weekend that you don’t really want to go to, but fuck it, what else are you gonna do? And besides, becoming a social pariah is not #goals. So you agree, but then you keep thinking about the upcoming party, and the more you think about all the food and alcohol that’s going to be there, you start to think about how it’s going to ruin all the effort you put into your diet and training during the week. And then you start to tell yourself all the things you aren’t going to do. But then you get to this party and all of sudden you find yourself balls deep in cake because HOLY SHIT, THIS CAKE IS AMAZING. The problem here is all about framing. The more you tell yourself you’re not going to do something, the more likely you are to do it – because your brain’s a dick. When you’re under stress the unconscious doesn’t process the NOT part of the message — I will NOT eat cake at the party; I will NOT drink too much; I will NOT blow my diet. All it recognises is the overall message. So it becomes: I will eat cake; I will drink too much; I will blow my diet. The solution, though, is pretty simple. Instead of thinking about what you won’t do, tell yourself what you WILL do. Example: — „I’m only going to have one slice of cake.” — „I’ll only drink X amount.” — „I’m only going to have one plate of food and one portion of desert” Etc. Give this a go this weekend, it’s kinda scary how well it works. And of course, let me know if you have any questions. Love Love, – Your boy, Aadam

[collapse]
  • Nie jestem Sam – Podczas przygody z moimi zaburzeniami odżywiania czułem się dziwnie. Wstydziłem się siebie. Uważałem się wręcz za wybryk natury niekiedy. Myślałem sobie: „Boże, jak można tyle wpierdalać”. Naprawdę czasami miałem wrażenie, że jestem jakimś dziwadłem. Czytając tą książkę poczułem się jakbym czytał o sobie.. Kiedy przecież autorką była kobieta mieszkająca 10h lotniczych ode mnie. Zobaczyłem, że takich ludzi jak ja, ludzi którzy mają nie najlepsze relacje z jedzeniem jest więcej…

..Dlatego właśnie to piszę

Piszę ten post, bo mam wierzę, że komuś z Was może on pomóc. Może pomóc wyjść z tego gówna, serio. Czym się różni alkoholizm od zaburzeń odżywiania? NICZYM. Może tym, że z alkoholizmem łatwiej wygrać, wystarczy odstawić alkohol. Z jedzenia nie zrezygnujesz, potrzebujesz go, co nie znaczy, że zmiana jest niemożliwa. Możesz z tym wygrać, a zmianę możesz zacząć szybciej niż Ci się wydaje. To główna rzecz jaką wyciągnąłem z książki i jednocześnie najważniejsza oraz najbardziej praktyczna. Zmianę możesz zacząć dosłownie z dnia na dzień. Wręcz MUSISZ to zrobić jeżeli naprawdę chcesz pozbyć się zaburzeń odżywiania.

Jaką zmianę?

Nie, nie chodzi tu o głodówkę po tym jak się nawpierdalałeś jak prosie. Nie chodzi też o katowanie się na treningu i niwelowanie skutków ubocznych obżarstwa, czytaj: tycia. Chodzi o to żebyś przestał WPIERDALAĆ, nie jeść, ale obżerać się. Skończ z napadami, jedz normalnie. Na początku może się to wydawać trudne. Będziesz pewnie myślał o jedzeniu i na nim się właśnie skupiał. Będą pojawiać się głosy „najedz się”. Właśnie, jeżeli chodzi o te  podświadome głosy, te sygnały mówiące żebyś się najadł.. Co wtedy robisz?

Większość osób próbuje je „zdusić”, próbuje z nimi walczyć. Co zazwyczaj się dzieje kiedy próbujesz walczyć z tym głosem? Myślę, że to znasz – przegrywasz. Przegrywasz, bo skupiasz całą swoją uwagę właśnie na tym, przez co znowu jedyne o czym myślisz to jedzenie i chęć najedzenia się. Mózg podąża za myślami.

W sytuacji, w której najdą Cię pragnienia najedzenia się nie walcz z nimi, ale też nie poddawaj się im. Po prostu nie zwracaj na nie uwagi. Kiedy najbardziej denerwuje się dziecko, którego czegoś od Ciebie chce? Kiedy nie zwracasz na nie uwagi. Chwile popłacze, powydziera się i skończy, bo zobaczy, że to nie przynosi rezultatów po czym się uspokoi. Tak samo tutaj – pragnienie będzie chwilę obecne, czasami będzie dość mocne, ale nie rób z tym nic, a przede wszystkim nie walcz z tym. Skup się na czymś innym, znajdź sobie inne zajęcie, albo nie rób nic i po prostu obserwuj, możesz się nawet z tego śmiać. Najważniejsze jest to żebyś się nie nawpierdalał. Pamiętaj, że to TY DECYDUJESZ O TYM CO ZROBISZ. 

Kilka innych rzeczy, które mi pomogły

Te wszystkie rady były oparte mniej więcej na podstawie książki, którą raz  jeszcze gorąco Ci polecam Ci przeczytać jeżeli bulimia lub napady obżarstwa to Twój bliski „przyjaciel”. Nawet jeżeli nie znasz angielskiego(z tego co wiem, nie ma polskiego tłumaczenia) to usiądź do książki ze słownikiem. Niech bariera językowa Cię nie powstrzymuje, w końcu teraz jest tyle możliwości, że tak naprawdę tylko lenistwo może Cię powstrzymać od przeczytania tej książki. Jeżeli naprawdę szukasz pomocy, jeżeli chcesz zmienić swoje nawyki, swoje relacje z jedzeniem i to nawet z dnia na dzień to ta książka jest właśnie dla Ciebie.

Kilka innych rzeczy, które pomogły mi poradzić sobie z zaburzeniem odżywiania to:

  • Perspektywa – Przewinęło się już to wyżej, ale warte powtórzenia. Płaczesz z powodu tego, że się obżarłeś? Płaczesz z powodu tego, że jedzenie jest problemem? Owszem, jest problemem. Ale to nie jego nadmiar, a brak. Powinieneś być wdzięczny za to, że masz co zjeść, że masz internet i możesz to czytać, za to, że masz ciepłą wodę, za to że żyjesz w spokojnym kraju, gdzie przemoc nie jest obecna. Możesz mówić co chcesz, narzekać ile wlezie, ale kurwa stary.. Masz szczęście, że żyjesz w tym kraju. Masz szczęście, że nie głodujesz. Według danych z 2017 roku 800 MILIONÓW OSÓB NA ŚWIECIE CIERPIAŁO Z POWODU GŁODU. Większość z tych osób to ofiary konfliktu. Dosłownie jak to teraz piszę to łzy napłynęły mi do oczu – tak wiem, co to kurwa za facet ze mnie możesz sobie pomyśleć.. Ja Ci powiem jaki – kurwa wrażliwy

Wyobraź to sobie: niewidzialnie jako hologram teleportujesz się do kraju, w którym właśnie trwają             zamieszki. Możesz na własne oczy zobaczyć to co tam się dzieje. Możesz poczuć zapach, usłyszeć głosy i krzyki, płacze i modlitwy. Co widzisz? Przemoc, głód, brud, smród, ofiary, nienawiść, a jednocześnie nadzieje, strach, dużo strachu, przerażenie. Wśród tego całego koła nienawiści i przemocy są małe dzieci. Dzieci, które umierają. Dzieci, które nie rozumieją tego co się dzieje. Gdyby podszedł do nich „wróg” to rzuciłby się na niego.. i go przytuliły, popłakały całe przestraszone. Mam trochę bujną wyobraźnie oraz słabość do dzieci(nie, nie jestem kurwa pedofilem) i pewnie dlatego się popłakałem teraz.

Za każdym razem jak mam taką scenkę przed oczami to odechciewa mi się narzekania, odechciewa mi się użalania nad sobą. Chcę działać w takich chwilach, chcę zrobić coś co mogłoby im pomóc. Może nie będzie to coś co będę w stanie zrobić momentalnie, ale mogę pracować nad sobą tak żeby za jakiś czas móc to zrobić. Móc rzucić promyk nadziei na ich świat. Dla nich każda, nawet ta najmniejsza pomoc będzie czymś ogromnym. Każda pomoc się liczy, Twoja również.

  • Jebać wygląd – Jednym z głównych powodów, dla których nabawiłem się zaburzeń odżywiania i myślę, że jest tak u większości osób, które mają z tym problem to zbytnie przywiązywanie uwagi do tego jak wyglądamy. Jasne, wygląd jest ważny i nie ma co się oszukiwać. Szczególnie kiedy Twoja praca wiąże się po części z tym żeby się dobrze prezentować i być w formie, ale.. Nie jest to najważniejsza rzecz na świecie. Czym jest dobry wygląd bez dobrego samopoczucia? Co z tego, że dobrze wyglądasz skoro czujesz się chujowo w środku i wiecznie udajesz? Nie wiem jak Ty, ale ja nienawidzę udawania, gardzę tym. W każdym razie w pewnym momencie jedyną rzeczą, która się dla mnie liczyła to było ilość żył na nogach i brzuchu. Ważne, ba! Najważniejsze dla mnie było to jak wyglądam.

Dlaczego było to dla mnie takie ważne? Widzisz.. Sądziłem, że ludzie postrzegają mnie właśnie przez pryzmat tego jak wyglądam. Czułem się wiecznie oceniany i sam nie robiłem nic innego jak tylko się porównywałem. Uzależniałem swoje poczucie wartości i samopoczucie od tego jak wyglądam oraz od tego co myślą o mnie inni. Wygląd w pewnym momencie dla mnie osobiście przestał być ważny, ale przez  to co miałem w głowie nie mogłem sobie na nic pozwolić, bo przecież musiałem trzymać formę.

Przełomowym właśnie momentem było zdanie sobie sprawy z tego, że tak jest. Uświadomienie sobie  tego, że „Słuchaj, Szymuś.. Trochę Ci się popierdoliło w tej główce głąbie. Naprawdę uważasz, że wygląd jest tak ważny? Naprawdę wierzysz w to, że Twoi przyjaciele oceniają Cię i są z Tobą dlatego jak wyglądasz?”. Kiedy trochę „ulany” w porównaniu do zdjęć, które wrzucałem na FanPage  spotkałem się z przyjaciółmi i ludźmi, których długo nie widziałem to dosłownie kamień z serca. NIKT nie wspomniał o tym jak wyglądam, każdy miał to w dupie. Dla nich liczyło się to, że jestem, że możemy się spotkać i wspólnie spędzić czas. Powiem Ci teraz coś co kurwa może wyjebać Cię z kapci: Ludzie mają wyjebane na to jak wyglądasz. Nawet Twoi znajomi. Jedyną osobą, która zwraca uwagę na to w jakiej formie jesteś to TY SAM. Wyglądasz spoko to fajnie, może ktoś Ci pozazdrości, może Cię doceni  ale koniec końców drugą osobę NI CHUJA TO NIE OBCHODZI. Dla nich ważne jest to jak oni wyglądają, a nie Ty.

Jeszcze raz to powtórzę – nie chodzi mi o to, że wygląd nie jest ważny. Nie chcę też powiedzieć, że „mamy akceptować się tacy jacy jesteśmy”. Jeżeli jesteś gruby to kurwa schudnij skoro się źle z tym czujesz. Pamiętaj też, że ja piszę tutaj O SOBIE I O TYM CO MI POMOGŁO. Dla mnie wygląd nadal jest ważny, nawet bardzo, ale nie jest najważniejszy i już nigdy się nie stanie. Są o wiele ważniejsze rzeczy w życiu niż wygląd i forma, która jest ulotna.

  • Zmiana skupienia – Zacząłem pracować nad sobą, ponieważ chciałem zmienić to jak wyglądam. Nie podobało mi się to. Trening nie sprawiał mi na początku przyjemności tak samo redukcja. Jednak robiłem to, bo pchało mnie do tego moje cierpienie, które było związane z moim wyglądem. Nie robiłem tego z chęci przyjemności, a z chęci uniknięcia cierpienia. Jednak coś mnie tutaj przytrzymało.. Mimo, że wyglądałem dobrze to nadal trenowałem, nadal żyłem „tym życiem”, nadal chciałem się rozwijać. To co mnie tutaj przetrzymało to właśnie trening i możliwość ciągłego rozwoju. Chciałem być lepszy, zobaczyć ile jestem w stanie osiągnąć i gdzie leży moja granica. Trening sprawiał mi przyjemność, każdego dnia coraz większą i większą. Można śmiało rzec, że się uzależniłem, że mam pozytywną obsesję na tym punkcie.

Teraz szybki środkowy palec dla ludzi, którzy powiedzą, że jestem chory i mam kurwa jakąś bigoreksje, albo obsesję i to też jest niezdrowe. Jebie Cię kurwa. To jest obsesja, ale zdrowa obsesja. To jest pasja. Jeżeli tego nie rozumiesz to szczerze Ci kurwa współczuje serio. Pasja nadaje życiu barw, a jeżeli dla Ciebie to jest dziwne to współczuje Ci takiego szarego życia. Pasją nie musi być trening przecież, może być tym cokolwiek innego. W każdym przypadku działa tak samo. Zresztą.. Co będę Ci tłumaczył. Może kiedyś sam znajdziesz pasję, zrozumiesz to co tu napisałem i wrócisz z przeprosinami i te słowa, które napisałem nie będą już Cie urażały, a przeciwnie – będziesz się z nimi zgadzał.

  • Muzyka – Muzyka jest potężna i jestem pewien, że o tym wiesz. W jednej chwili z dobrego nastroju możesz wprowadzić się w smutny. Działa to też w drugą stronę ze stanu przygnębienia automatycznie możesz przejść w stan pobudzenia i działania. Słuchałem zawsze dużo muzyki, a teraz słucham jeszcze więcej. Szczególnie kiedy borykałem się z zaburzeniami odżywiania to muzyka całkowicie odwracała moją uwagę od żarcia, zmieniała mój nastrój i stan. Spróbuj, potańcz, powygłupiaj się, zmień swój stan.
  • Ludzie – Osoby, którymi się otaczamy mają ogromny wpływ na to jak się zachowujemy i postępujemy. Mają wpływ na to jakimi zasadami oraz wartościami się kierujemy. Myślę, że nawet najwięksi indywidualiści, którzy odsuwają te myśli od siebie przyznają mi tutaj niechętnie rację. Nawet nie akceptując tego, czują podświadomie wpływ innych osób na siebie. Nie przypadkowo mówi się, że „stajesz się średnią 5 osób, z którymi przebywasz najwięcej”. Mam to szczęście, że osoby którymi się otaczam są dla mnie wsparciem i ostoją. Mogę śmiało powiedzieć, że mam dobrych, prawdziwych przyjaciół. Cenię bardzo w swoim życiu szczerość i wiem, że mogę na nią liczyć z ich ust. Nie tylko poklepią mnie po plecach, ale powiedzą mocno i dobitnie swoje zdanie i opinię, bo wiedzą, że jest to dla mnie ważne. Właśnie takie słowa „pobudki” pomogły również otrząsnąć się z tego stanu, w którym byłem i spojrzeć na tą sprawę nieco inaczej, pomogły mi zobaczyć w jakie gówno się pakuję.
  • Pragnienie – Będąc na redukcji, odchudzając się Twoim największym celem i pragnieniem jest pewnie pozbycie się tkanki tłuszczowej, spalenie tego smalcu, ale co potem? Co później, gdy skończysz tą redukcję? Jakie jest Twoje PRAGNIENIE? Pewnie zgodzisz się ze mną jeżeli powiem, że to jedzenie, co? No właśnie! Dlatego tak łatwo o zaburzenia odżywiania podczas redukcji. Dlatego też tak łatwo o spierdolenie formy, albo zdrowia – w zależności, w którą stronę te zaburzenia(jeżeli wystąpią) się rozwiną. Ja zdałem sobie sprawę z tego, że moim pragnieniem nie jest już dłużej jedzenie, ba! Ja nawet kurwa tego nie chcę, mam dość jedzenia. Dotarło do mnie, że to tylko i wyłącznie nawyk, a skoro to nawyk to znaczy, żę MOGĘ TO ZMIENIĆ. No i tak też zrobiłem, a bardzo pomogło mi w tym odnalezienie pragnienia, a może raczej.. Dostrzeżenie go. Znalazłem coś czego pragnąłem już od dawna i skupiłem na tym całą swoją uwagę i zasoby. Zmieniłem przedmiot skupienia. Jedzenie przestało się dla mnie liczyć.

  • Odpowiedzialność – Mam podopiecznych, którym pragnę pomóc jak najlepiej potrafię. Mam przyjaciół, na których mi zależy. Pracę, w której pragnę się realizować i spełniać. Małą siostrę, którą kocham. Czy chcę, aby widziały mnie takiego? Osobę, która ledwo leży z obżarstwa? Czy chcę, aby widziały mnie jak sam siebie się wstydzę? Będąc w stanie „najedzenia” nie potrafimy funkcjonować normalnie. Nie potrafimy być w pełni sobą. Jak mamy dać z siebie maksa ludziom, którzy liczą na naszą obecność i pomoc, skoro nie możemy? Często wyobrażałem też sobie sytuację, w której nagle ktoś dzwoni do mnie z pilną sprawą i potrzebuje mojej pomocy, albo że ktoś bliski trafia do szpitala(nie zafajny scenariusz, wiem). Liczy na mnie, a ja nie mogę mu pomóc, bo…? Nie potrafię kurwa nawet ruszyć się z miejsca i najmniejszy ruch powoduje uczucie dyskomfortu w żołądku. To wszystko budowało we mnie odrazę, sprawiało duży ból wewnętrzny i zmuszało do zmiany mojego zachowania. Nie jestem taki. Nie mogę zawieść osób, które na mnie liczą, nie mogę tego zrobić.

Jest pewnie mnóstwo innych sposobów, które można byłoby wypisać jako recepta na „walkę z zaburzeniami odżywiania”. Jak to w przypadku recept – leki muszą być dobrane indywidualnie, a problemem w większości terapii jest to, że osoby prowadzące podchodzą do „choroby” i skupiają się na niej, a nie na osobie, która przez to przechodzi. Cytują podręczniki i wrzucają ludzi do worka z napisem „anoreksja”, „bulimia”, szufladkują, a później stosują te same metody do każdych z tych osób – nie mówię, że wszyscy tak postępują bo znajdą się osoby wybitne z indywidualnym podejściem. Po prostu z mojego doświadczenia, a raczej – opinii osób, które przez terapie przechodziły wyrobiłem sobie takie zdanie.

Najważniejsze jednak w tym wszystkim niezależnie, czy działasz na własną rękę, czy uczęszczasz na terapie jest prawdziwa i szczera chęć zmiany. Tak jak pisałem z jednej strony chcemy się zmienić, ale z drugiej będzie to wymagać od nas zmiany, będzie wymagać wejścia w „nieznane”, co zazwyczaj przychodzi ciężko. Będziesz musiał nauczyć się radzić sobie z problemami inaczej, odnaleźć inne źródło do zaspokajania swoich pragnień niż jedzenie. Zmusi Cię to do poprawy sobie humoru w inny sposób niż obżeranie się i chwilowe uczucie przyjemności, które po nim występuje. Wywrze to na Ciebie nacisk na znalezienie innych sposobów radzenia sobie ze stresem niż ucieczka do jedzenia. Musisz odpowiedzieć sobie, co jest dla Ciebie ważniejsze, czy naprawdę chcesz przestać się obżerać?

Pamiętaj, że wszystko leży w Twoich rękach, a to czy zaczniesz się obżerać, czy nie zależy tylko od Ciebie. Wyrosłeś już z czasów kiedy babcia Cię karmiła i teraz sam sobie wkładasz jedzonko do ust, nikt nie robi tego za Ciebie. Weźmiesz odpowiedzialność za to co robisz, czy nadal będziesz się trząsł ze strachu i odwlekał rozwiązanie problemu do momentu aż stanie się to niemożliwe? Naprawdę chcesz spędzić resztę życia w taki sposób jak teraz? Czy to jest właśnie to czego pragniesz?

Ja nie chciałem. Postanowiłem to zmienić za nim stanie się to trudniejsze. Każdy kolejny dzień, w którym się przejadałem odwlekał mnie od realizacji moich celów i dobrego samopoczucia. Każdy taki  „skok w bok” powodował u mnie poczucie wstydu już nie przed samym sobą, ale również przed przyjaciółmi. Najważniejsze, nie chciałem tak spędzić reszty życia. Nie mogłem. Za dużo mam marzeń i celów. Za dużo osób na mnie liczy żebym mógł pozwolić sobie na to aby coś spierdolić. Wziąłem odpowiedzialność. Nie żałuje, cieszę się z tego. Jestem szczęśliwy i dumny z siebie.

Zdałem sobie sprawę również z tego, że jestem wdzięczny za to, że walczyłem z tym problemem, ponieważ.. To właśnie on ukształtował to w jaki sposób się zachowuję i pracuję z podopiecznymi od strony żywieniowej. Wiele się nauczyłem o sobie podczas tych chwil, ale to temat na inny artykuł. Ważne jest to, że czasu nie cofniesz, więc zamiast tylko w kółko czegoś żałować i się użalać spróbuj spojrzeć na to z drugiej strony i wyciągnąć jakieś lekcje. Zastanowić się co Ci dało to doświadczenie. Czasami wnioski, do których dojdziesz mogą Cię zdziwić i zmienić Twój sposób podejścia do problemów o 180 stopni.

Koniec..

No to po ponad 9000 słowach chyba będziemy powoli kończyć i zamykać ten artykuł, a raczej taką „krótką” historię o moich przygodach z napadami obżarstwa i bulimią. Możesz się śmiać, ale to naprawdę było krótkie i streszczone. Zresztą ciężko opisać to co przechodziłem i jak się czułem. Czasami nadal zdarza mi się objadać, ale już nie zawracam sobie tym głowy. Są to jednorazowe sytuacje i mają zupełnie inne podłoże i przebieg niż to co miało miejsce kiedyś. Jestem tam, jestem świadomy tego co robię i przerywam mimo, że przez chwile „wyrwało mi się wszystko spod kontroli”. Nie przywiązuje się do tego, nie oceniam siebie, bo wiem, że to „przypadek” i KAŻDY raz na jakiś czas się przejada. Skupiam się na tym co przede mną i idę dalej, bez wyrzutów sumienia. Liczy się tylko to, aby tego nie powtórzyć. Ten artykuł również został napisany podczas mojego „objadania się”. Jak widać może wyniknąć czasami z tego coś pożytecznego.

Mam nadzieję, że chociaż w małej części coś z tego co napisałem było dla Ciebie przydatne. Nie jestem specjalistą. Jestem po prostu osobą, która opisuje swoje doświadczenia i chętnie poznałbym Twoje. Jeżeli pragniesz porozmawiać o tym i podzielić się swoją opinią/doświadczeniem na w tym temacie to zapraszam na priv, albo do komentowania.

Pamiętaj, że nieważne jak długo się z tym zmagasz oraz jak bardzo zaawansowany jest stan Twoich zaburzeń odżywiania JESTEŚ PONAD TO. 

 

 

Szymon

2 komentarze

~FraSi

Bardzo ważny i mądry głos w bardzo ważnej i trudnej sprawie! Wielki szacun i gratulacje, Szymku! Gdy ochłonie się z emocji po przeczytaniu, aż ma się ochotę kopiować link i rozprzestrzeniać w Internetach. Ale bez zgody Autora głupio chyba trochę… 😉 Ten tekst (być może po małej edytorskiej korekcie ;)) bez wątpienia powinien być szeroko dostępny. Niesie w sobie ogromną wartość, lecz przede wszystkim potencjał, by pomóc w tym problemie innym ludziom. <3 <3 <3

Reply
Szymon

Dziękuję, dziękuję, dziękuję! No, a o zgodę autora nie musisz pytać feel free :)!

Reply

Pozostaw odpowiedź Szymon Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *